Mieszanie trunków szkodzi głowie, mówią. Trunkom, natomiast może wyjść na dobre – o ile robione jest to z głową i zanim wprowadzimy je do organizmu. Manhattan, Mai Tai, Vesper, Singapore Swing, czy Gin Fizz – przedstawiam krótką historię koktajlu i dziesięć (no – jedenaście) drinków, które mogą uchodzić za symbole pop-kultury.
Poniższe zestawienie zaczerpnęłam z Coctail Times, który z kolei posłużył się listą „dziesięciu drinków na stulecie koktajlu” U.S. Bartenders Guide. Ogólnie rzecz biorąc zaproponowane przyporządkowanie koktajli do dekad wydaje mi się jak najbardziej trafione, choć niektóre receptury pozwoliłam sobie zmienić korzystając z innych źródeł i kierując się własnym podniebieniem. Nie wszystkie (choć większość) piłam, niektórych nie lubię, do paru pałam graniczącym z fanatyzmem uwielbieniem. Cóż pocznę – nie jestem samochodem. Jeśli wam przydarzy się również „nie być samochodem” gdzieś na mieście zachęcam do porzucenia na chwilę piwa z sokiem, mojito, czy innego wynalazku i skosztowania odrobiny tradycji.
1900-1910 Old Fashioned | 1910-1920 Singapore Sling | 1920-1930 Krwawa Mary | 1930-1940 Manhattan | 1940-1950 Mai Tai | 1950 -1960 Vodka Martini | 1960-1970 Whisky Sour | 1970-1980 Long Island Iced Tea | 1980-1990 Sex on the Beach | 1990-2000 Cosmopolitan | 2000-2010 Mojito?
1900-10: Old Fashioned
whisky
kilka kropli Angostury
kostka cukru i łyżka wody / albo łyżeczka syropu cukrowego
plasterek pomarańczy
skórka cytryny
2 wisienki koktajlowe
kostki lodu
W klasycznej szklance do whisky kostkę cukru nasączyć Angosturą. Dodać kilka kropel wody, rozdrobnić i rozpuścić cukier przy pomocy tłuczka (można zamiast cukru użyć gotowego syropu). Dodać whisky i lód. Dekorować wisienkami, plasterkiem pomarańczy i skórką cytryny.
Jeśli przyjąć, a chyba można bez większego ryzyka, że ojczyzną koktajli jest Ameryka, to właśnie Old Fashioned jest prakoktajlem. Pierwsze odnotowane użycie słowa „cocktail” (1806) odnosi się do mieszanki cukru, whisky, wody i bitters (gorzkiej wódki). Uważa się, że kanoniczna postać drinku do którego przylgnęła łatka „staromodnego” rozpowszechniła się w latach 80 dziewiętnastego wieku.
Wielu uważa, że receptura, o pomarańczę wzbogaciła się w czasach prohibicji, kiedy to owoce były często wykorzystywane do maskowania niedoskonałego smaku bazowych alkoholi. Do dziś niektórzy barmani pomarańczę i wisienki dodają na samym początku i ugniatają tłuczkiem wraz z cukrem, co bardziej łagodzi goryczkę whisky. Praktyka ta wyprowadza niektórych purystów z równowagi, choć nie bardziej niż szeroko rozpowszechniony zwyczaj „wykańczania” koktajlu wodą sodową.
W Polsce „wódka z myszek” ma raczej kiepskie wzięcie. Z moich obserwacji wynika, że jeśli już ktoś lubi i pija, to po „angielsku” czyli bynajmniej nie w formie „barbarzyńskich” koktajli, natomiast reszta – przymuszona – doleje do whisky czegokolwiek, byle nie pić czystej. Jeśli znajdziemy się w dobrym barze warto skosztować porządnie nalanego Old Fashioned – chociażby po to, żeby zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.
1910-20: Singapore Sling
4 części dżinu
2 części Brandy
0.5 części Cointreau
0.5 części Benedyktynki
część Grenadyna
8 części soku ananasowego
3 części soku z cytryny
parę kropli Angostury
Wszystkie składniki łączymy w wypełnionym lodem shakerze i robimy to do czego shakery zostały wynalezione. Odcedzamy do wysokiej szklanki i przyozdabiamy wisienką i plasterkiem ananasa.
Przyznaję się bez bicia, że nigdy, ale to przenigdy tego nie próbowałam, ale sama lektura receptury mi chyba na długo nie wystarczy… Zważywszy, że na polskich stronach niełatwo na nią trafić, będę musiała przejść się chyba nieco dalej niż do baru na rogu, ale pewnie niekoniecznie aż do Singapuru.
Historia singapurskiego slingu jest podobna do wielu innych koktajlowych opowieści – wiadomo, że stworzył go niejaki Ngiam Tong Boon w hotelu Raffles w Singapurze, ale czy było to w 1915, 1910, czy wcześniej – nie wiadomo. Tak naprawdę nie wiadomo również jak bliska „oryginałowi” jest stosowana obecnie kanoniczna receptura (odtworzona na podstawie hotelowych zapisków gdzieś w latach trzydziestych i – ponownie – siedemdziesiątych)… Zapewne dla niektórych barmanów idealny sling to odpowiednik świętego Grala.
Nie wiem czy to przez ten Singapur, sejf Ngiam Tong Boona (do dziś można go obejrzeć w hotelu Raffles, niestety notatki przetrzymywane w nim przez legendarnego barmana zaginęły), czy tego Grala, ale staje mi przed oczyma Indiana Jones tańczący fokstrota.
1920-30: Krwawa Mary
9.0 części soku z pomidorów
1.5 części soku z cytryny
parę kropli sosu Worchestershire
parę kropli Tabasco
sól
pieprz
lód
Przyprawy i sosy umieszczamy na dnie wysokiej szklanki, przysypujemy kostkami lodu i zalewamy płynami. Delikatnie mieszamy. Ozdabiamy cytryną. Albo selerem naciowym, natką pietruszki, sałatą, ziemniakiem – sama nie wiem… Jak warzywa to warzywa.
OK, przyznam się, że mam ten klasyczny koktajl wywołuje u mnie… zmieszanie. Niekiedy po paru drinkach lubię się zabawić w roztrząsanie filozoficznego pytania „czy pomidor to warzywo, czy owoc?” (Jeśli odpowiedź wydaje wam się prosta, spróbujcie kiedyś dojść do porozumienia w tej kwestii w większym koktajlowym gronie) Ja na przykład uważam, że choć alkohol przydaje się w gotowaniu, to warzywa nie powinny trafiać do kieliszków. A tu proszę – co najmniej od 80 lat, a może i 90, Krwawa Mary jest drinkiem, który każdy szanujący się barman potrafi przyrządzić zerwany z łóżka bladym świtem. Dobrze się składa, swoją drogą – miłośnicy Krwawej Marii uważają ją za idealną właśnie o świcie „dnia następnego”.
1930-40: Manhattan
5 części whisky
2 części słodkiego czerwonego wermutu
kropla Angostury
wisienka koktajlowa
Mieszamy w kubku z lodem, odcedzamy do kieliszka koktajlowego. Dorzucamy wisienkę.
Manhattan to koktajlowa klasyka – solidna podstawa, rześki wermut i kropelka goryczy, oczywiście w koktajlowym kieliszku, koniecznie z wisienką, koniecznie z ogonkiem, koniecznie po zmroku, koniecznie na tarasie jakiegoś wysokościowca. No dobra – dwa ostatnie elementy można sobie odpuścić, ale Manhattan ma w sobie wielkomiejskość nie tylko z nazwy i kosmopolityzm nie tylko z babskiej gazety.
Jak każdy stary, sprawdzony i w gruncie rzeczy prosty drink, Manhattan daje (wbrew pozorom) duże pole do popisu przyrządzającemu. Na oficjalnej liście Międzynarodowego Stowarzyszenia Barmanów figurują aż trzy receptury, poza wyżej wymienioną jest też wersja dla „wytrawnych” (z wermutem extra dry i skórką cytryny zamiast wisienki) i „średniaków” (wermuty pół na pół, bez angostury, skórka oraz wisienka). Bynajmniej nie jest bez znaczenia jakiej whisky użyjemy jako bazy – pierwotnie podstawą była jej żytnia amerykańska odmiana, dziś często zastępowana tańszą kanadyjską, znawcy mówią, że wszelka inna odbierze „pieprzność” ulubionemu drinkowi bohaterek Sex in The City.
1940-50: Mai Tai

Kwintesencja stylu Tiki inspirowanego „kulturą polinezyjską”, a rodem bodajże z Kalifornii. Wiecie o co chodzi – kelnerki w śmiesznych spódniczkach, hamaki, figury bożków o których najegzotyczniejsze plemiona nie słyszały, hawajskie koszule, przechodzenie pod patykiem bez zginania kolan, te sprawy. Trzeba było jakoś odreagować Pearl Harbour, Hiroszimę i wydać ciężko zarobione pieniądze.
Nazwa pochodzi z tahitańskiego „Maita’i”, co znaczy „dobre”. Trochę tak, jakby nazwać drink na bazie wódki „Smach-Ne”…
Internatonal Bartenders Asociation podaje mniej więcej taką recepturę:
6 części jasnego rumu
6 części ciemnego rumu
3 części pomarańczowgo curaçao
3 części syropu migdałowego (Oregat)
2 części świeżego soku z limonki
Wszystkie składniki, poza ciemnym rumem należy połączyć w napełnionym lodem shakerze i odcedzić do wysokiej szklanki. Następnie delikatnie nalać ciemny rum, przyozdobić cząstką ananasa, skórką limonki, liśćmi mięty (papierową papużką, papierowym storczykiem, papierowym okręcikiem)…
Ale chyba nie ma dwóch barów na świecie serwujących takie samo Mai-Tai. W wypadku tego uroczo kiczowatego koktajlu nawet drinkowi puryści pozwalają na baaardzo daleko posuniętą swobodę. Sok pomarańczowy? Proszę bardzo. Amaretto? Dawaj! Triple Sec? Jak najbardziej! Ananas? Tym lepiej! Trochę goryczki angostury? Czemu nie! Ważny jest dwufazowo nalany rum, przełamany cytrusem… i odpowiednia Tiki otoczka.
1950-60: Vodka Martini
O Martini chcę i muszę powiedzieć więcej, aż tyle, że zrobię to w oddzielnym tekście. Cocktail Times za którego sugestiami chronologicznymi podążam, podaje recepturę, która jest dla mnie policzkiem… Trzeba im jednak oddać, że ten ponury żarcik trzyma się barmanów uparcie, i niekiedy jest przedstawiany jako wyznacznik drinkowego wtajemniczenia. Gotowe? Vodka Martini składa się z 3 części wódki i zero części wermutu wymieszanych z lodem, odcedzonych do kieliszka koktajlowego i ozdobionych skórką cytryny. To wódka z cytryną. Raczej ze skórką. Zamieszana. To ja jestem wstrząśnięta!
Więc tak… Drodzy panowie, jeśli już czujecie się na tyle 007 żeby wyrzucić dżin z martini… Drogie panie, kochane dziewczyny Bondów… Vodka Martini (nie zależnie od tego, czy nazwiemy ją Vodkatini, czy Vesper) powinna zawierać wermut! Owszem ma on większy sens jako przeciwwaga dla botanicznych dżinowych aromatów, niż dopełnienie hmmm… zerowego aromatu wódki, ale jednak – nazwa zobowiązuje.
Wyobraźcie sobie świat, opanowany przez wegetarian, którzy uparcie mówią o boczku z soi jako o boczku, co więcej twierdzą, że to ten ich boczek – z soi, bez boczku – jest prawdziwy. Jak słyszę „porządny barman nie dodaje wermutu do Vodka Martini” to myślę „prawdziwego rzeźnika poznasz po tym, że poproszony o boczek poda ci soję”. Ot co!
O martini gdzie indziej, kiedy indziej. A teraz bezpieczna receptura:
Vodka Martini
10 części wódki
3 części wermutu Extra Dry
lód
skórka cytryny i/albo oliwa
Wódkę i wermut wlewamy na lód do kubka barowego i mieszamy łyżeczką, następnie odcedzamy do kieliszka koktajlowego i wyciskamy olejek ze skórki cytryny. Można, ale nie trzeba, przyozdobić oliwką.
1960-70: Whisky Sour
3 części Bourbona
2 części świeżego soku z cytryny
kostka cukru
odrobina białka (!)
Cukier rozpuścić w paru kroplach wody (albo użyć syropu). Składniki połączyć w shakerze z lodem. Wstrząsnąć (bardzo porządnie, jeśli dodamy jajko), przelać do szklanki koktajlowej. Można również serwować w klasycznej szklance do whisky z kostkami lodu.
Cocktailchronicles nazywa tego drinka Stanleyem Kowalskim amerykańskiej miksologii. W istocie, jeśli pominąć enigmatyczne jajko, mamy do czynienia z bardzo klasyczną, prostą mieszanką – 3 części bazy, 2 części soku i szczypta cukru do przełamania smaku – która pozwala prawdziwemu mężczyźnie cieszyć się koktajlem bez wzbudzania podejrzeń co do orientacji seksualnej.
Nie próbowałam tego kowbojskiego drinka, choć (w odmianie bezjajecznej) wydaje mi się ciekawym przedstawicielem rodziny sour. Sama jestem zwolenniczką jeszcze bardziej „prostackiej” mikstury leżącej gdzieś pomiędzy ginem z tonikiem, a gin fizz.
Mój Gin Sour zawiera
3 części dżinu
2 części soku z cytryny
4 części toniku
Cukier niepotrzebny, dość go Coca-cola company, czy jaka tam, dosypuje do toniku. Utrząść sok i gin w shakerze z lodem, odcedzić do wysokiej szklanki, dodać tonik. Przystroić plasterkiem limonki. Jeszcze raz parafrazując Cocktailchronicles: wypić, powtórzyć. Pić w dżinsach i starym t-shircie przed domkiem na działce. Przestać pić, kiedy z rozpędu wlejemy tonik do shakera.
1970-80: Long Island Iced Tea
część wódki
część dżinu
część tequili
część jasnego rumu
część triple sec
4 części świeżo wyciśniętego soku z cytryny
1.5 (albo i mniej) części syropu cukrowego
kropla Coca-Coli
plasterek cytryny
Połączyć alkohole, sok z cytryny i syrop cukrowy w wypełnionym lodem shakerze. Porządnie wstrząsnąć i odcedzić do wysokiej pękatej szklanki. Potraktować kropelką Coca-Coli (dla koloru), dorzucić plasterek cytryny. Wypić i liczyć na to, że jakiś montażysta jest w pobliżu.
Aaaach Long Island! I tak – bleee Long Island! Koktajlowe dziecko rewolucji seksualnej i zapewne przyczyna wielu ciąż. Drink z gatunku – „a co by się stało gdyby wymieszać wszystko”? No więc – czasami efekt jest zachwycający, czasami zaś nie do przełknięcia. Przyznaje, że tak jestem w tym drinku zakochana, że zamawiam go prawie zawsze (jako ukoronowanie, albo gwóźdź do trumny wieczoru), choć powinnam wiedzieć czym to grozi.
Każdy barman, w nawet najmniej drinkowo zorientowanym lokalu, uważa, że potrafi go zmieszać… Tymczasem Long Island bezlitośnie obnaża wszelkie niedociągnięcia i uwydatnia każdą pośledniość składowych alkoholi. A więc – jeśli nie chcecie się zrazić do tej przepysznej mieszanki – zamawiajcie ją tylko w sprawdzonych lokalach, albo traktujcie jako papierek lakmusowy. Nie da się przełknąć – barman nie kocha swojego fachu, a właściciel oszczędza na trunkach. Poproszę następny – uważaj, bo za chwilę zaczniesz tańczyć na stole (i to w najlepszym wypadku), a lokal warto jeszcze kiedyś odwiedzić.
Dobry Long Island powinien być łagodny! Duża ilość świeżego soku z cytryny, triple sec, szczypta cukru (dobrze rozpuszczonego, najlepiej – kropla syropu) i porządne wstrząśnięcie (czyt. schłodzenie) powinny zdjąć pazur z iście Mołotowskiej mieszanki alkoholi bazowych. Jeśli drink jedzie gorzelnią, to coś jest nie tak. Dobry Long Island nie jest słodki – przecież do w połowie sok z cytryny! W dobrym Long Island Coca Cola służy tylko jako barwnik – to obok lodu najtańszy składnik koktajlu, stąd często jego nadmiar, który rozwala misterną konstrukcję smakową.
1980-90: Sex on the Beach
2 części wódki
1 części likieru brzoskwiniowego
2 części soku pomarańczowego
2 części soku żurawinowego
plasterek pomarańczy
wisienka koktajlowa
Alkohole i soki wlewamy na lód do shakera. Potrząsamy w rytm lambady i odcedzamy do wysokiej szklanki. Przyozdabiamy plasterkiem pomarańczy, wisienką, parasolką, hamakiem, czy inną mewą.
Ten bezpretensjonalny drink o bezpretensjonalnej nazwie dostaniemy nawet setki kilometrów od porządnej plaży. Im dalej od tropików tym większe prawdopodobieństwo, że doleją nam jeszcze soku z ananasa, niekiedy wręcz zamiast pomarańczowego. Czemu nie! Niekiedy wykończą wodą gazowaną, spritem, śmietaną, marakują, czy co tam jeszcze barmanowi się kojarzy z plażą i/albo seksem. Nikomu to nie przeszkadza. Mi na pewno nie, bo nie pijam. Przez gardło mi nie przechodzi zamówienie, a w większości wypadków również i sam drink.
1990-2000: Cosmopolitan
2⅔ części wódki cytrynowej
część Cointreau
część świeżego soku z limonki
2 części soku z żurawiny
Mieszamy w kubku barowym z lodem, odcedzamy do kieliszka koktajlowego, ozdabiamy plasterkiem limonki.
Czy mówiłam, że Manhattan to ulubiony drink panienek z Seksu w Wielkim Mieście? Chodziło mi o Cosmo. W istocie mamy do czynienia z taką miejską, bardziej wytrawną, bardziej zblazowaną wersją seksu na plaży. Wszystko wskazuje na to, że drink powstał w Provincetown (zimny Atlantyk, dekadencka atmosfera), skąd trafił do trendsetterów w Nowym Jorku i San Francisco. Przeglądając polskie strony z recepturami można stwierdzić, że jeśli w naszej metropolii nie serwują wódki cytrynowej, zwyczajna da radę.
2000 +
Lista kończy się na przełomie tysiącleci. Zastanawiam się, jaki drink był symbolem nieubłaganie zbliżającej się do końca dekady. Obserwacja barowych (warszawskich, polskich) trendów skłania mnie do wysunięcia trzech kandydatur. Nie podaje receptur. Po pierwsze: jeśli znacie je na pamięć (a nie z niektórymi z powyższych miałybyście problem), to znaczy, że trafiłam. Po drugie: może z wyjątkiem pierwszego drinka, chyba nie warto.
Mojito

Wiem, wiem – Hemingway i te rzeczy, koktajl stary jak świat, być może przygotowywany już dla Francisa Drake’a w XVI wieku… Gwarantuję, że jeśli rozejrzycie się po pierwszym lepszym drinkbarze w okolicach szczytu, zauważycie co najmniej kilka osób (zazwyczaj płci pięknej) sączących „miętuska”.
Moje rówieśniczki, jeśli rozmawiają o drinkach, nie spierają się o „właściwy” smak Martini i nie oceniają barmanów według przełykalności serwowanych przez nich Long Island – mówią o Mojito. Tu dobre, tu złe, tu suszona mięta, tu świeża, tu z wodą sodową, tu bez. Da się to pić.
Wściekły Pies
Shot, nie koktajl, ale jak najbardziej drink. Shoty przyjęły się w Polsce, gdzie mamy długą tradycję picia „na raz”. Polubiliśmy też chyba – wytrenowani przez tequile w latach 90 – rozwarstwienie wyrazistych smaków. Każdy wie o co we wściekłym psie chodzi. Jest zabawa, rozmawiać się nie da, bo muzyka jest za głośna, stoi rządek takich na barze, a mężczyźni robią się już nachalni, licząc na to, że zwalone z nóg panny będą o wiele mniej wymagające jeśli chodzi o urok osobisty potencjalnych partnerów. Powodzenia chłopcy, ja dziękuję.
Red Bull
Od dawna obiecuję sobie poeksperymentować z tauryną i alkoholem… Przyznaję, że bardzo lubię smak zimnego red bulla… Tyle, że wszystkie oferowane mi do tej pory drinki wkurzały mnie prostackim „nastawieniem na cel”. Najwyraźniej, kiedy nie zadziałają na nas wściekłe psy, mężczyźni „z klasą” sięgają po czerwonego byka. Np. Red Bull w szklance do piwa a do tego shot Jagermeister. Hop-hop! I bania u cygana. Albo taki podwójny śrubokręt – sok pomarańczowy z wódką i Red Bullem. Brrr… Już seks na plaży wydaje mi się mniej obleśny.
Tagi: Drinki, Kuchnia, Lifestyle, Wieczór panieński




