Kiedy w 1929 Vera Menchik, ówczesna szachowa mistrzyni świata otrzymała – jako jedyna kobieta – zaproszenie do wzięcia udziału w prestiżowym turnieju w Karowych Warach, austriacki arcymistrz Albert Becker raczył dworować sobie proponując założenie klubu jej imienia, którego członkami mieliby stać się pokonani przez nią szachiści. Inny Austriak, Hans Kmoch – miał się zakładać się, że wystąpi w stroju baletnicy, jeśli kobieta zdobędzie więcej niż trzy punkty. Ku uciesze komentatorów Becker został pierwszym członkiem klubu własnego pomysłu. Jego kolega do końca turnieju musiał drżeć z przerażenia. Vera Menchik zdobyła dokładnie 3 punkty. Wygrała dwie partie, dwie zremisowała. Przegrała siedemnaście. Turniej zakończyła na ostatnim, 22 miejscu.
Stawiając swój przyodziewek Kmoch nieświadomie powtórzył zakład jaki zawarł pewien mistrz szachowy z Baśni tysiąca i jednej nocy. Powątpiewając w szachowy geniusz niewolnicy Tawaddud, dał jej przewagę damy, wieży i skoczka, a stawką uczynił ubranie przegranej strony. Dziewczyna pozwoliła mu pozostać w spodniach, ale okryty wstydem musiał opuścić pałac w Bagdadzie.

W książce poświęconej turniejowi w Karlowych Warach, jego zwycięzca, Aron Nimzowitsch jednym zdaniem kwituje obecność mistrzyni świata: "Aby nie obrzić pań, zaproszono Verę Menchik". Turniej do dziś uchodzi za jeden z najmocniej obsadzonych w historii.
Fenomen jakim jest kobieta-która-dobrze-gra-w-szachy od niepamiętnych czasów budzi po pierwsze – niedowierzanie, po drugie – strach graniczący z paniką, wreszcie – kojący męskie ego przekonanie, że ma się z wyjątkiem potwierdzającym regułę: „kobiety nie umieją grać w szachy”. Kropka.
Vera Menchik, choć z czasem do jej klubu „wstąpiło” wielu arcymistrzów (w tym mistrz świata Max Euwe) i choć na kilku równie mocnych turniejach zajmowała lepsze miejsca, była właśnie takim wyjątkiem. Do tragicznej śmierci podczas bombardowania Londynu pozostawała niekwestionowaną damą numer 1 królewskiego sportu – tytułu mistrzyni świata broniła na sześciu kolejnych turniejach (Hamburg 1930, Praga 1931, Folkestone 1933, Warszawa 1935, Sztokholm 1937, Buenos Aires 1939) przegrywając tylko jedną partię. Można śmiało powiedzieć, że w kobiecych szachach przed wojną liczyła się jedynie Vera Menchik.
Osiemdziesiąt lat po turnieju w Karlowych Warach reprezentacja kobiet w światowej czołówce wygląda niewiele lepiej. Pozycja najlepszej szachistki, Judit Polgar, jest co prawda nieporównywalnie silniejsza niż Menchik, jednak i ona – gdyby mierzyła się wyłącznie z kobietami nie mogłaby mówić o poważnym wyzwaniu. Światowy numer dwa, hinduska Humpy Koneru zajmuje dopiero 128 miejsce. Kolejna setka powiększa grono szachistek do trzech (Yifan Hou – 291), następna – do czterech ( Antoaneta Stefanova – 357); dopiero czwarta może się pochwalić dwoma reprezentantkami płci pięknej (Pia Cramling 402 i Anna Muzychuk 460). Monika Soćko, najwyżej notowana Polka, zajmująca dobre 38. miejsce wśród kobiet plasuje się na 1041 lokacie światowego rankingu.
Teza o wrodzonym antytalencie kobiet do szachów jest dziś delikatnie mówiąc niepoprawna politycznie. Powraca jednak w zawoalowanej formie pytania – dlaczego wśród elity nie ma pań?
Paradoksalnie odpowiedź na to pytanie wydaje się bardziej istotna dla szachów, niż dla kobiet. Czasy przełomu wieków (minionego i XIX), gdy szachy same w sobie ekscytowały szerszą publiczność bezpowrotnie minęły. Na pierwsze strony gazet powracają zazwyczaj, gdy rozgrywka szachowa symbolizuje inny – poza szachowy konflikt. I tak: mecz Fisher - Spasski był zimną wojną na szachownicy, mecze Kasparow - Karpow odczytywane były jako walka „nowej Rosji” i sowieckiego betonu, a Kasparow - Deep Blue wyznaczyły kolejne etapy rozwoju komputerów. Wygląda na to, że ostatnim tego rodzaju pojedynkiem, jaki szachy mogą zafundować laikom jest przeniesiona na szachownicę wojna płci. W tej bitwie na razie kobiety przegrywają walkowerem… Dlaczego?
Bo jest ich mniej…
Może te kobiety, które grają w szachy nie są najlepsze.
Na podstawie badań statystycznych przeprowadzonych na ogromnej próbie niemieckich szachistów (zawodowych i amatorów) trójka naukowców z Wielkiej Brytanii dowodzi stosunkowo prostej tezy: kobiet w elicie jest mniej, bo mniej kobiet gra w szachy. Podobne badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wzmacniają argument „z partycypacji” — w regionach gdzie udział kobiet w rozgrywkach szachowych jest porównywalny z udziałem mężczyzn, „rozkład sił” jeśli chodzi reprezentację płci na poszczególnych poziomach jest równy.
Oczywiście „szachowi seksiści” wciąż będą skłonni doszukiwać się przyczyn rzadkich szeregów szachistek w braku wrodzonych predyspozycji. Nieśmiertelna teza powraca jak bumerang – mniej kobiet osiąga sukcesy w szachach, bo mniej kobiet gra w szachy… bo mniej kobiet potrafi dobrze grać w szachy. Wyjątki potwierdzają regułę i są rezultatem „pozytywnej dyskryminacji” i programów edukacyjnych skierowanych specjalnie dla kobiet, które fałszują „naturalny porządek rzeczy”. Szachowi feminiści uważają, że mniej kobiet gra w szachy…
bo to wciąż męski świat…
Wielu ludzi uważało, że to absurd aby mała dziewczynka grała w szachy. Niektórzy sugerowali nawet, że jestem do tego przymuszana.
Świat profesjonalnych szachów jest światem mężczyzn, bo takim mężczyźni go uczynili – podobnie jak świat polityki, biznesu, polityki. Niska reprezentacja kobiet w pewnych dziedzinach życia nie jest efektem braku predyspozycji, a jedynie rezultatem utrwalonych przez lata męskich porządków. Kobiety (jeszcze) nie mogą się równać z mężczyznami w szachach, bo się z nimi przez lata nie równały. Gdy w połowie XIX wieku pierwsi „profesjonalni” szachiści robili kariery, pojęcie kariery dla kobiet nie istniało. Szachy „na wysokim poziomie” gościły przeważnie w klubach i kawiarniach w których obecność kobiet, a tym bardziej „szanujących się kobiet” była nie do pomyślenia.
Choć sama gra wydawała się jak najbardziej odpowiednia jako rozrywka dla płci pięknej (moralizatorzy epoki wiktoriańskiej nawoływali, aby kobiety „zechciały poświęcić szlachetnej grze chociaż część czasu jaki spędzają na plotkach i lekturze egzaltowanych powieści”), nie wyobrażano sobie kobiety grającej w szachy poza bawialnią, czy klubem parafialnym. Jej przeciwnikiem mogła być tylko inna kobieta, ewentualnie – mąż, brat, czy narzeczony.
Zwolennicy tezy o wykluczeniu twierdzą, że w gruncie rzeczy niewiele zmieniło się w tej kwestii do dziś, a żywotność tezy o „braku naturalnych predyspozycji” na to doskonałym dowodem. Do dziś, kobieta osiągająca profesjonalny, lub półprofesjonalny poziom w szachach musi ciągle stawiać czoło jawnemu, lub biernemu oporowi środowiska. Gdy zaś wreszcie znajdzie się w gronie ludzi „poważnie” traktujących królewską grę, zazwyczaj jest tam jedyną kobietą.
Bo „płeć mózgu” nie pozwala…
Po pierwsze – kobiety są o wiele głupsze od mężczyzn…
To mit, że szachy są przede wszystkim grą logiczną
Statystycznie rzecz ujmując – mężczyźni mają bardziej rozwiniętą prawą półkulę mózgu, a kobiety lewą. Biolodzy tłumaczą tą fizjologiczną różnicę oddziaływaniem odpowiednich stężeń męskich i żeńskich hormonów w fazie prenatalnej. Kwestia konsekwencji tej dość zasadniczej różnicy w konstrukcji naszych mózgów jest sprawą nie do końca zbadaną, jednak wydaje się, że słynna „płeć mózgu” wpływa na predyspozycje do rozwiązywania różnego rodzaju problemów. Zakłada się, że prawa – męska półkula – odpowiada za „myślenie przestrzenne”. Mężczyźni regularnie wypadają lepiej na testach polegających na wybraniu takich samych, choć obróconych pod innym kontem trójwymiarowych brył. Często przyjmuje się, że tego rodzaju operacja myślowa przypomina obliczenia jakich dokonuje szachista wybierając kolejny ruch. Jednak inne badania, zdają się podważać tę zależność, przynajmniej w pewnym stopniu – choć początkujący szachiści zazwyczaj starają się obliczyć sekwencje ruchów („ja tak – on tak – ja tak”) pobudzając właśnie ten obszar mózgu, to przewaga ich nieco lepszych kolegów (i koleżanek!) nie polega – niczym komputera nad człowiekiem – na „większej mocy obliczeniowej” w tym zakresie.
Przedwojenny mistrz świata Jose Raul Capablanca, wciąż uważany za jeden z największych „naturalnych talentów”, na pytanie ile posunięć do przodu liczy zanim wykona ruch, miał odpowiedzieć – tylko jedno, za to najlepsze. Okazuje się, że nie jest to tylko szachowy bon-mot. Badania przy pomocy rezonansu magnetycznego wykluczyły również, jakoby takie obliczenia w większym zakresie odbywały się podświadomie. Szachiści wysokiej klasy, większość „pracy” wykonują w zupełnie innej części mózgu podobnie rozwiniętej u kobiet, jak i u mężczyzn. Nie jest to również jak długo przypuszczano region kory mózgowej odpowiedzialny za np. czytanie map i orientację w systemie komunikacji miejskiej (tu zapewne pewną przewagę mieliby mężczyźni), ale raczej ten odpowiedzialny za „myślenie językowe”, w którym kobiety nie ustępują mężczyznom, a nawet ich przewyższają.

Dziewczynki, wbrew stereotypom chętnie grają w szachy, jednak o wiele mniej z nich uczestniczy w turniejach.
Tak więc „kobiecy mózg” nie wyklucza z kręgu elity szachowej – co najwyżej utrudnia osiągnięcie pewnego stopnia pośredniego, kiedy umiejętność kalkulacji wariantów odgrywa zasadniczą rolę. Warto zauważyć jednocześnie, że w miarę treningu przewaga mężczyzn zostaje zniwelowana i obie płcie radzą sobie równie dobrze w testach na „obracanie brył”. Moment w którym dominacja prawej półkuli „pomaga” na potyczkach na szachownicy jest wyjątkowo krótki. W połączeniu z powszechnym wyobrażeniem o większych talentach szachowych chłopców, oraz maskulinizacją tej dyscypliny ta niewielka przewaga może jeszcze bardziej zagęszczać sito dla potencjalnych przyszłych arcymistrzyń.
Bo same nie chcą…
….Po drugie – [kobiety] w ogóle nie potrafią się bawić.
- J.H. Donner
Gdyby kobiety, tak jak mężczyźni, potrafiły oddać się szachom w całości, moglibyśmy porównywać ich możliwości
Szachy na poziomie mistrzowskim są zajęciem niezwykle absorbującym. Choć można to powiedzieć niemalże o każdej dyscyplinie, wydaje się jednak, że owa zaborczość szachów jest niezwykle silna. Pokonywanie kolejnych (nawet dość wczesnych) szczebli drabiny szachowej sztuki wymagają od adepta (czy adeptki) oddania się we władanie obsesji. Pół żartem - pół serio mawia się, że co prawda nie wiadomo czy szachy przyciągają niestabilnych psychicznie, czy też stabilnych destabilizują, ale wśród szachistów o wiele łatwiej o psychopatów. Psychopatia – to już fakt potwierdzony naukowo – to przypadłość zasadniczo męska.
Jeden z bardziej elokwentnych obrońców tezy o immanentnym szachowym antytalencie kobiet, holenderski szachista i publicysta J.H. Donner, tak przedstawiał szaleństwo, na które płeć piękna jest odporna: Podczas partii, szachiści są incomunicado, są więźniami. W ich umysłach gości tylko narcystyczne samouwielbienie, bez słowa nurzają się w bezgranicznej czeluści, w minimalnym stopniu obecni w obiektywnej rzeczywistości. Kobiety tego nie lubią. Któż by je winił?
Psychiczna konstrukcja kobiet – niezależnie od tego czy jest ona wynikiem czynników biologicznych, czy społecznych – powoduje, że szachy (które są, jak trafnie ujął Stefan Zweig, „myśleniem, które do niczego nie prowadzi, matematyką, która niczego nie oblicza, sztuką bez dzieł, architekturą bez substancji”) rzadko urastają w ich oczach na zajęcie godne poświęcenia tej ilości uwagi, jaka jest konieczna do wybicia się ponad przeciętność. Ile uwagi trzeba poświęcić? Dość, żeby nie starczało na „życie” — Jeśli chcesz zniszczyć człowieka, naucz go grać w szachy, głosi jeden z bon-motów Oscara Wilde.
Zsuzsa Polgár zwraca uwagę, że „życie” potrafi upomnieć się o szachistkę: Kiedy kobieta osiąga pewien wiek, pomiędzy dwudziestym którymś, a trzydziestym którymś rokiem życia, musi odpowiedzieć sobie na pytanie – co jest ważniejsze: rodzina, czy długa (szachowa) kariera? Jak dotąd wiele czołowych zawodniczek, w tym ja, wybrało rodzinę. Z oczywistych powodów mężczyźni mężczyźni nie stają przed tak ostro zarysowaną alternatywą. Zapewne również w szachach przyjdzie kobietom udowodnić (jak udało się w innych dziedzinach), że macierzyństwo nie stoi na drodze kariery. Tu znów pionierką będzie Judit Polgár – matka dwojga, która po okresie zmniejszonej aktywności powraca do gry.
Bo kobiety nie nienawidzą…
Dążenie do zwycięstwa wymaga pewnej bezwzględności, czyli właśnie tej cechy którą przedstawicielki płci pięknej są niezbyt często obdarzone.
[Kobiety nie grają dobrze w szachy] nie mają podświadomej żądzy ojcobójstwa
Na pierwszy rzut oka, szachy sprawiają wrażenie gry dystyngowanej i pokojowej – w istocie, jak powiedział Bobby Fisher, szachy to wojna. Na najwyższym poziomie nie ma czegoś takiego jak „przyjacielska partyjka”. Zapewne przeciętny szachista posiada więcej ogłady, niż dajmy na to – piłkarz, jednak, jeśli prześledzić wypowiedzi czołowych sportowców poziomem agresji i buńczuczności (czytaj – testosteronu) szachistom dorównują jedynie bokserzy.
Te dwie dyscypliny, mają swoją drogą więcej wspólnego niż by się mogło wydawać – tylko w boksie i w szachach jedynym sposobem na zdobycie tytułu mistrza jest pokonanie mistrza obecnie panującego. W innych dyscyplinach często mowa jest o „formie”, co sugeruje niejako, że zawodnicy (owszem jedni nieco lepsi, inni nieco gorsi) są jednak porównywalni – jednego dnia mógłby wygrać ten, drugiego zaś inny. W wypadku boksu i szachów „brak formy”, choć w istocie przecież zawiniony przez zawodnika, jawi się przede wszystkim jako czynnik wypaczający wynik – wygrać może bowiem tylko lepszy. Nie dziś, nie tym razem, lecz w sposób ostateczny i nieodwracalny lepszy.
Jedna z podstawowych lekcji jakie udziela kilkunastoletniemu adeptowi królewskiej gry stary szachowy wyjadacz w filmie „Szachowe dzieciństwo” brzmi – musisz nienawidzić swoich przeciwników, oni nienawidzą ciebie. W tym przejaskrawieniu tkwi dość duże ziarno prawdy, przyznają się do tego sami szachiści.
Czy przypadkiem ta testosteronowa otoczka dyscypliny nie tworzy bariery nie do przeskoczenia dla kobiet? Zapewne nie pomaga, niezależnie od tego czy przyjmiemy, że kobiety, ze względu na swoją konstrukcję psychofizyczną mają mniejszą potrzebę dominacji, czy też, że w wyniku socjalizacji odruchy te są w nich tłumione. Pedagodzy pracujący z młodymi szachistami i szachistkami zauważyli, że rywalizacja sprzyja rozwojowi umiejętności. Jednocześnie, aby dziewczynki czerpały z niej korzyści należy ją jak najbardziej złagodzić i zakamuflować – tak aby zwycięstwo jednej strony jak najmniej wiązało się z porażką drugiej. Bardzo trudno o to w szachach.
Bo są bardziej przeciętne…
Geniuszem się staje, nie rodzi.
Przeciętna kobieta ma równe szanse zostać dobrą szachistką, co przeciętny mężczyzna, podobnie jak wybitnie uzdolniona, nie będzie w niczym ustępowała równie utalentowanemu koledze, ale… Tyle, że wybitnie utalentowanych kobiet jest statystycznie mniej, niż wybitnie utalentowanych mężczyzn. Dla równowagi mniej jest wśród kobiet takich, które nigdy nie byłyby wstanie wyjść ponad poziom podstawowy. Teoria większej wariacji intelektualnych w populacji męskiej znajduje pewne potwierdzenie w badaniach naukowych, choć ma równie dużo zwolenników, co przeciwników. Wydaje się jednak, że – nawet jeśli byłaby prawdziwa – nie ma zbyt wielkiego wpływu na świat szachów, gdzie wariacje umiejętności kobiet i mężczyzn są identyczne (matematyczny stosunek szachistek wybitnych do tych średnich jest taki sam co w wypadku mężczyzn).
Świat szachów dostarcza jednocześnie pewnych przesłanek na rzecz tezy, że „talent” nie jest rzeczą wrodzoną, lecz wyuczoną. Choć próba eksperymentu jest stosunkowo mała, jest on również ciekawy, jako, że dotyczy wspomnianej już Judit Polgar i jej dwóch sióstr – również wybitnych szachistek. Ojciec dziewczynek postanowił dowieść, że każdy – dzięki pracy i treningowi – może osiągać sukces w dowolnej dziedzinie. Rezultatem „eksperymentu” była pierwsza kobieta, która otrzymała tytuł arcymistrzyni „na męskich zasadach” (Zsuzsa Polgár), najmłodszy arcymistrz w dziejach (Judit Polgár), oraz zwyciężczyni turnieju kołowego w Rzymie z udziałem ówczesnej światowej czołówki (Zsófia Polgár).
Zgryźliwi twierdzą, iż casus Polgar, że dopiero trening od kołyski pozwala kobietom znaleźć się w tej samej szachowej lidze, co mężczyźni. Bardziej życzliwi dla kobiet, za to sceptyczni wobec głównej tezy Polgar’a uważają, że bez naturalnych skłonności i wrodzonej inteligencji sióstr rezultaty nie byłyby tak doskonałe… Prawda zdaje się – jak nie raz – leżeć pośrodku. Naukowcy skłonni są obecnie przypisywać o wiele mniejsze znaczenie predyspozycjom, niż jeszcze kilka lat temu, dowodząc, że nadmierne zdolności potrafią działać demobilizująco – nawiasem mówiąc – zwłaszcza na chłopców.
Bo noszą spinki do włosów…
Metalowe spinki do włosów powodują powstanie przeciw-prądów elektrycznych, [...] które wywołują w mózgu kobiety fantazje i skłaniają je do kaprysów. Szachistki powinny brać to pod uwagę, ponieważ teoria „metalowych spinek” wiele tłumaczy. Jest oczywiste, że gdy kobieta wepnie we włosy kilka takich spinek wywołuje tym samym tyle zakłóceń pola energetycznego, że porządna gra jest nie do pomyślenia. - anonimowy naukowiec na łamach Troy Times, circa 1897
Podsumowanie, czyli dlaczego kobiety powinny grać w szachy (lepiej od mężczyzn)
Mogę dać każdej kobiecie na świecie przewagę ruchu i skoczka
Fischer, to Fischer, ale skoczek to skoczek.
Tak, wygrałaś. Wygrałaś ze mną. Po raz pierwszy i ostatni.
- Wiktor Korcznoj do Sofii Polgar
Im bardziej szachista wierzy w męską supremację na 64 polach, tym gorzej dla niego. A wielu – choćby nieświadomie – wciąż zakłada, że „kobiety źle grają w szachy”. Sytuacja nie zmieni się zapewne, póki kobieta nie zostanie mistrzem świata, a płeć piękna nie rozgości się w czołowej dziesiątce. Do tego czasu, każdej szachistce, na każdym poziomie, będzie dane (regularnie) doświadczać wygranej z „faworytem”, czyli mężczyzną. Wierzcie mi, drogie panie, cichy triumf nad pewnym siebie przeciwnikiem dostarczy przyjemności najłagodniejszej z nas, nie tylko „owładniętym żądzą kastracji feministkom”. My może nie mamy nic do udowodnienia – ani sobie, ani światu – ale czy oni o tym wiedzą? Zbyt dufnym panom przyjdzie szykować baletowe trykoty. Nie raz. I nie po raz ostatni.
Warto też podkreślić myśl która pojawiła się na wstępie – kobiety mogą nie potrzebować szachów, ale szachy potrzebują kobiet. Jak powietrza! Już teraz ta królewska – a przy tym skrajnie niewidowiskowa – gra funkcjonuje gdzieś na marginesie świata sportu. Finansują ją w zasadzie tylko zamożni pasjonaci, bez nadziei na zwrot kosztów, na jaki mogą liczyć firmy wspierające sporty bardziej popularne o większej ekspozycji w mediach. Co gorsza – szachy nie są nawet dyscypliną olimpijską, co powoduje, że pozbawione są również dotacji państwowych komitetów olimpijskich. Pesymiści wróżą jeszcze dalszą degrengoladę – komputeryzacja i rozwój szachowej „teorii” prowadzą do coraz większego odsetka remisów w rozgrywkach na wysokim szczeblu (w niektórych turniejach potrafi on przekroczyć 70%!), co zniechęca nawet wtajemniczonych w tajniki gry, a tych jest coraz mniej. Niektórzy, niczym sądnego dnia obawiają się ostatecznego „obliczenia” gry przez komputery… Mecz o najwyższe laury pomiędzy pomiędzy przedstawicielami różnych płci wydaje się w tym świetle jedną z ostatnich desek ratunku. Drogie panie – grajmy w szachy! Dla siebie samych. I dla samych szachów.
Tagi: Gry i zabawy, Lifestyle, Psychologia



